piątek, 28 listopada 2014

"Cebulę mam w nosie!", czyli sposoby na przeziębienie

Witajcie Wszyscy!

Ostatnio niestety dopadła mnie choroba- wiadomo, okres chorób. Na szczęście nie na długo. Zresztą nawet nie mogłam za długo leżeć w łóżku, bo gonią obowiązki. Chcielibyście poczytać trochę o moich sposobach na przeziębienie? (Oczywiście oprócz lekarstw) Proszę bardzo! :)

1. Kiedy już czuję się słabiej i wiem, że lada chwila "rozłożę się", pierwsze co, to ubieram się bardzo, bardzo ciepło

 

Grube, zimowe skarpety to podstawa! Moje są akurat narciarskie (ze sklepu sportowego Decathlon), mimo że nie są może prześliczne, to są bardzo cieplutkie, a to najważniejsze ;)


środa, 26 listopada 2014

Londyn, czyli przygodowa (bardzo stresująca) podróż cz.2

Cześć, dzisiaj mojej przygody część druga! Miłej lektury :)

Czwartego dnia, znaczy niestety już ostatniego, rano wstałyśmy dość wcześnie, ab ze wszystkim zdążyć. Bez pośpiechu zjadłyśmy śniadanie i "pożegnałyśmy" się z hostelem. Dojechałyśmy na przystanek autobusowy, skąd miał odjeżdżać bus na lotnisko. Byłyśmy na czas, a nawet trochę przed czasem. Czekałyśmy na bus na 9:30 rano. Więc czekamy. Czekamy, czekamy i czekamy. W końcu, kiedy spóźniał się 10 minut, przyszedł do nas facet (a ludzie na przystanku się wylewają) i przekazał, że bus przyjedzie dopiero po 10:00, bo zamknęli jakąś autostradę dlatego jedzie dłużej. Super, o 11:30 był samolot do Warszawy.

Po prostu nie było szans, żeby zdążyć. Ten facet powiedział też, że można poczekać na busa (który jechał 2h, zważając na zamkniętą autostradę), albo jechać pociągiem (jechał tylko 45 minut).

Oczywiście wybrałyśmy pociąg, ale wiedziałyśmy, że zanim dotrzemy na peron, wyjdzie na to samo. No i nie wiedziałyśmy też o której byłby ten pociąg. Dobra. Szybko pobiegłyśmy do metra żeby dojechać do Liverpool. Kiedy już w końcu dotarłyśmy tam na peron, okazało się że pociąg jest dopiero o 10:40.

                                  No przecież myślałam że mnie coś trafi zaraz.

A bramki zamykali o 11:05. Skoro i tak już byśmy nie zdążyły, pobiegłyśmy na autobus. Na szczęście przystanek był nie daleko.

niedziela, 23 listopada 2014

Londyn, czyli przygodowa podróż cz.1

Witam Was dzisiaj!

Chciałabym się podzielić moją krótką przygodą, jaką była podróż do Londynu już jakiś czas temu, bo było to w tamtym roku na wiosnę. Do Anglii leciałam pierwszy raz i mam nadzieję nie ostatni! Miłej lektury :)

Samolot do Londynu odlatywał z Warszawy, więc najpierw trzeba było przemęczyć się te 6 godzin pociągiem ze Szczecina. Razem z nieco starszą kuzynką dojechałyśmy w zasadzie w nocy do stolicy. Szczęście, że ciocia z wujkiem mają małe mieszkanie w Warszawie, nie trzeba było na jedną noc się pchać do hotelu czy motelu.
Następnego dnia rano miałyśmy autobus na lotnisko -na który ledwo zdążyłyśmy, zaspałyśmy ale wszystko udało się załatwić.

Samolot leciał dwie i pól godziny. Wylądował w Stansted, jakoś koło południa. Osobiście nie mogłam uwierzyć, że stoję na ziemi Angielskiej. Po prostu...czy to ma jakiś sens?
Następnie musiałyśmy dostać się do miejsca docelowego, do Londynu. Były busy, które tam dojeżdżały, ale było tyle ludzi, że musieli dostawiać jeszcze kilka kolejnych.

Z busu wysiadłyśmy godzinę później na London Victoria, a póżniej skierowałyśmy się na King's Cross, gdzie był nasz hostel. Po zabookowaniu wypadało by coś zjeść, jakiś obiad czy coś...ostatecznie skusilyśmy się na McDonalda (no co, blisko było). Tam też ustaliłyśmy z mapą co chcemy zobaczyć i kiedy.

poniedziałek, 17 listopada 2014

"Harry Potter", czyli miłość od pierwszego rozdziału

Witajcie dzisiaj!

Skoro jesteśmy już przy temacie książek…

Tak, dzisiaj będzie o Harrym. W zasadzie chciałabym krótko opowiedzieć jak i kiedy zaczęła się moja miłość do książek o słynnym Harrym Potterze. Więc bez dalszych zbędnych zdań, zapraszam do czytania :)



Wszystko zaczęło się od nudnego, zachmurzonego letniego popołudnia. Brzmi trochę jak początek jakiejś historii, co nie? Ale tak właśnie było. To były wakacje przed czwartą klasą podstawówki, czyli miałam wtedy 10 lat (jestem z listopada to zawsze wszystkie dzieci wcześniej ode mnie miały urodziny).


środa, 12 listopada 2014

"Jutro", czyli wojna która nie miała miejsca


Witajcie!
Tym razem opowiem o książce. Nie do końca odbiegamy od poprzedniego tematu, bo dzisiaj równie wojenny.

Seria "Jutro" to książki o wojnie która ma miejsce w czasach współczesnych w Australii. Jest to jednak science-fiction, ponieważ ta wojna nigdy się nie wydarzyła. No, miejmy nadzieję że tak zostanie.

Książka jest pamiętnikiem nastoletniej Ellie, która pewnego razu postanowiła razem z grupą przyjaciół wybrać się na tygodniowy biwak do "Piekła", z dala od cywilizacji. Kiedy wracają do domów, wszystko jest nie tak. Ślad zaginął po rodzinie i znajomych, a zwierzęta zastali martwe. Jak się okazuje potem, obcy kraj zaatakował część Australii.
Ellie i jej przyjaciele rozpoczynają partyzantkę na własną rękę.

Seria "Jutro" liczy aż 7 książek. Całkiem sporo, prawda? Ale to jeszcze nie koniec; są jeszcze "Kroniki Ellie", które opowiadają jej życie po wojnie. Ale lektura jest naprawdę wciągająca. Oczywiście, zdarzały się momenty, kiedy nie mogłam przebrnąć przez fragment; coś jak lanie wody. Ale mimo wszystko nie żałuję że zabrałam się za tę serię. Czyta się łatwo i przyjemnie. Zresztą, jeszcze jej nie skończyłam, zaczynam czytać ostatnią (trzecią) część "Kronik Ellie". Może miejscami wydaje się troszkę...naiwna...chyba to to słowo. Ale ja wcale nie winię za to autora, przecież nie każdy zna się na tym temacie, prawda? (Broń Boże, nie mówię że ja się znam! Bo co ja, dziecko XXI wieku może o tym wiedzieć? To trzeba przeżyć) Szczególnie na tym, bo sami wiecie, że to bardzo trudny temat.


wtorek, 11 listopada 2014

"Miasto 44", czyli moich odczuć ciąg dalszy

Witajcie dzisiaj, w dniu święta Niepodległości (i mojego)!

Postanowiłam że pociągnę temat Powstania Warszawskiego, tudzież ogólnie II wojny światowej.


Ostatnio w kinach polskich można było obejrzeć film „Miasto 44”. Szczerze mówiąc-a może raczej pisząc- Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zwiastun filmu, pomyślałam sobie że nie może to być nic nadzwyczajnego. Oooo jak bardzo się pomyliłaś Kasiu!
Otóż na filmie byłam w kinie aż dwa razy, najpierw ze znajomymi, potem z rodziną. Nie wiem czy wiecie, że reżyserem „Miasta 44” jest Jan Komasa. Tak, ten sam wyreżyserował „Salę samobójców” . Tak samo genialne filmy, działają na psychikę. A za drugim razem wywarł na mnie większe wrażenie niż za pierwszym, może dlatego że zwracałam uwagę na więcej szczegółów?
Oczywiście nie będę opowiadać całego filmu od początku do końca. Tylko środek. Nie, żartuję :) A nuż ktoś z Was jeszcze nie oglądał? Tak czy siak, muszę podkreślić , że w filmie zostały ukazane niektóre sytuacje podczas Powstania, które miały ogromny wpływ na bieg zdarzeń. A o których niestety ludzie, którzy nie interesują się tym tematem, nie wiedzą. Przykład? Dobrze.
Czy wiedzieliście, że miało znaczenie to, czy opaski powstańców były założone na prawym czy lewym ramieniu? A tak, miało. Na samym początku Powstania, opaski zakładano na lewe ramię. Dopiero po 11 sierpnia został wydany rozkaz, aby zmienić opaskę z lewego na prawe ramię. „Ale po kiego grzyba?”-myślisz sobie. Otóż z czasem Niemcy zaczęli podszywać się pod powstańców. Oto, dlaczego.
Ale jest jeszcze jedna sprawa. Sprawa „czołgu-pułapki”. 13 sierpnia Niemiecki czołg podjechał pod samą barykadę przy ulicy Jana Kilińskiego z zamiarem (prawdopodobnie) zburzenia jej. AK-owcom udało się przejąć pojazd. Początkowo podejrzewano jednak, że jest to zasadzka, ponieważ czołg był wyposażony jedynie w radio. Oczywiście kilkakrotnie był badany, czy aby na pewno nie jest pułapką. Nic na to nie wskazywało. Grupa powstańców uruchomiła pojazd i przejechali nim ulicami Starówki wraz z okrzykami radości. Ludność cywilna zbiegła się , aby podziwiać zdobycz. Czy już może domyślacie się co się stało? Czołg wybuchł. Wybuchł, razem z setkami ludzi. Wyobrażacie sobie taką masakrę? Wybuch był tak potężny, że z nieba -dosłownie- spadał deszcz krwi ludzkiej i kawałków ciał ludzkich. Właśnie to chyba zrobiło na mnie niesamowite wrażenie w filmie. „Prawdziwa apokalipsa”- tak wtedy pomyślałam. Obejrzałam też całkiem niedawno wywiad z jednym z żyjących powstańców, który po wyświetleniu „Miasta 44” na stadionie w Warszawie powiedział: „Tak właśnie było(…)”.
Ludzie, którzy wciąż zagłębiają się w tę sprawę, mówią, że określenie „czołg-pułapka” jest mylne. Bardzo prawdopodobne jest, że ładunek wybuchowy w pojeździe został uruchomiony dopiero przez nieuwagę prowadzącego czołg. Jest to możliwe, jednak chyba nigdy nie będziemy mieli pewności jak było na prawdę.

A Wy jak myślicie, czy rzeczywiście był to "czołg-pułapka", czy niekoniecznie?

Katka

*zdjęcia ze strony: http://miasto44.pl/

niedziela, 9 listopada 2014

Powstanie Warszawskie, czyli moje odczucia

Witajcie!

Dziś będzie troszkę patriotycznie, a mianowicie tematem będzie jedno z moich zainteresowań-Powstanie Warszawskie.

Od kiedy pamiętam interesowałam się II wojną światową. Nie sytuacjami na frontach, ale losami ludzi, Polaków szczególnie, jak wtedy się żyło, jakie były warunki. Kiedy w te wakacje wyjechałam z rodziną do Warszawy na 70 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, zrozumiałam że chcę o tym wiedzieć więcej i więcej. Aż w końcu sięgnęłam po książkę-którą z czystym sumieniem polecam- „Na barykadach Warszawy” Stanisława Komornickego, jest to autentyczny pamiętnik tego pana. Ale to jest już temat na inny dzień.

(zdjęcie zrobiono w Muzeum Powstania Warszawskiego)




Pociąg do Warszawy odjeżdżał krótko po 8:00 rano, a że mieszkam w Szczecinie, w Warszawie Centralnej byłam dopiero po 15:00. Szybko zakwaterowaliśmy się w hotelu i czym prędzej wsiedliśmy do pierwszego lepszego autobusu do centrum miasta. Chcieliśmy usłyszeć z dobrego miejsca syreny o godzinie 17:00, bo przecież to 1 sierpnia. Stanęliśmy z masą ludzi przy Rondzie de Gaulle’a. Niestety i tak nic nie widzieliśmy, ale atmosferę jak najbardziej dało się odczuć. Ludzie normalnie zatrzymywali samochody i wysiadali, tak samo z autobusami, żeby tylko stanąć na baczności przez 70 sekund i oddać hołd Powstańcom Warszawskim. Całe miasto zamarło o godzinie 17:00. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, tak powinno być w każdym mieście w Polsce. A jednak słyszałam że w Szczecinie spóźnili się z syreną ponad 30 minut. Moim zdaniem nie powinni już w ogóle jej włączać, ale cóż.


Po syrenie ludzie zaczęli klaskać i powoli rozchodzić się. Zorganizowano również pocztę polową; w różnych częściach miasta były wystawione skrzynki oraz kartki, które później harcerze roznosili. A’propos harcerzy, do Warszawy przyjechali chyba wszyscy harcerze z całej Polski, serio, gdzie się nie obejrzałam-tam oni. „Plaga harcerzy”  :)
Następnego dnia-2 sierpnia-byliśmy na cmentarzu na Powązkach. Za darmo przewodnicy oprowadzali grupy i opowiadali. Wystarczyło tylko przyjść na daną godzinę. My trafiliśmy na takiego pasjonata Powstania Warszawskiego, że w trakcie dzwoniła do niego żona-tez przewodniczka-że inni już dawno skończyli. Ale było naprawdę warto tam się znaleźć. Między innymi odwiedziliśmy groby Zośki, Rudego i Alka, bohaterów książki „Kamienie na Szaniec” Aleksandra Kamińskiego. Ah, no i jego grób też widziałam.
         
 
Późnym wieczorem, tego samego dnia, odbywało się śpiewanie piosenek powstańczych. Oczywiście nie mogło mnie tam zabraknąć. Rozdawali śpiewniki; ludzi było mnóstwo, naprawdę, a było to przy pomniku Nieznanego Żołnierza, więc ten plac wcale nie jest taki mały. Pewnie co chwilę będę to powtarzać, ale naprawdę atmosfera tam była cudowna, niesamowita. Ten cały chór ludzi, a to, że kiedy zakończyli już transmisję programu w telewizji, ludzie zaczęli skandować aby zaśpiewać jeszcze i jeszcze raz, udowodniło jak bardzo się podobało. A ludzie byli w przeróżnym wieku, nie tylko starsi, jak niektórym może się zdawać. Poza zakończeniem transmisji w sumie zaśpiewaliśmy ze 3 pieśni.
A kolejnego dnia to już niestety wyjeżdżaliśmy do domu. Jednak pociąg mieliśmy dopiero późnym wieczorem, a rano udało nam się kupić bilety do Muzeum Powstania Warszawskiego. Jasne, byłam tam już. A ta wizyta w Muzeum była moją czwartą, zdaje się. Gdybym miała okazję pojechać kolejny raz, zrobiłabym to bez zastanowienia. Mogłabym tam chodzić aż do momentu, kiedy bym nie poznała wszystkiego na pamięć. Można dowiedzieć się naprawdę masę rzeczy o Powstaniu.



Ah, no i zapomniałam jeszcze, że miała miejsce inscenizacja Powstania Warszawskiego. Całkiem o tym zapomniałam, a nas również tam można było spotkać.

Nie napisałam jeszcze o jednym- bardzo spodobało mi się, że idąc ulicami można było zobaczyć ludzi ubranych jak z tamtego okresu. Podając przykład, wychodząc zza rogu na ulicy spotkałam powstańca:

Lub żołnierza:

I chyba tutaj zakończę mój przeraźliwie długi monolog. Na koniec jeszcze zapytam: czy może Wy braliście kiedyś udział w takich obchodach? Jakie były Wasze odczucia?

Katka
*wszystkie zdjęcia zostały wykonane przeze mnie; przepraszam za jakość, musiałam je powiększać.

Budzik widmo, czyli niecodzienna sytuacja


Witajcie, dzisiaj mam coś do opowiedzenia, coś troszkę nadzwyczajnego. Ze względu na to, że bloga założyłam dopiero dziś, nieco cofniemy się w czasie. Zachęcam do czytania :)

Poniedziałek, 17 czerwca (2013 rok)

19:17

         Dzisiaj obudził mnie budzik w telefonie o 6:30, tak jak ustawiłam poprzedniego dnia wieczorem. A więc budzę się, ale coś mi tutaj nie pasuje...zdecydowanie coś nie gra. W domu ciemno, rodzice jeszcze śpią. Ziewam potężnie w ciemności siadając na łóżku i patrzę przez okno. Niemożliwe, na dworze również egipskie ciemności! (zwróć uwagę na miesiąc) Przecież o tej porze powinno dawno świecić słońce. Zerkam na godzinę w telefonie. Niby wszystko w porządku. Patrzę dla pewności na zegar ścienny- i nie mogę uwierzyć. Na zegarze ściennym widnieje godzina 2:25! W nocy. To nie może być prawda. Jeszcze raz zerkam na ekran telefonu. Ale nie, nie mam żadnych halucynacji, tam naprawdę była godzina 6:30 rano. 

Decyduję się jednak uwierzyć zegarowi wiszącemu na ścianie, który jest bardziej wiarygodny zważając na sytuację za oknem. Przecieram oczy, kładę głowę na poduszce i próbuję znów zasnąć. Ale nie udaje mi się zasnąć od razu, szczególnie, gdy przypomina się nagle głupota o której słyszałam.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że około godziny 2:00 i 3:00 nad ranem, ktoś cię obserwuje. Aha, ale to wtedy, kiedy się obudzimy nagle ze snu w tych godzinach.

Wracając do mojego telefonu-nie mam choć najmniejszego pojęcia, jak to możliwe, że w nocy zegarek przestawił się o 4 godziny i 5 minut. Po prostu nie wiem, to jest zbyt dziwne.

A czy ktoś z Was miał podobne sytuacje? Jestem bardzo ciekawa :)

Katka.